|
Archiwum
Ostatnie wpisy
|
wtorek, 10 lutego 2009
Wszystko ma swój koniec... poza The Rolling Stones, niestety. W tym roku The Ex obchodzi swe 30 lecie, ale fani zapamiętają ten rok z innego powodu: po 29 latach zespół opuszcza wokalista G.W.Sok. Wielka szkoda, dla mnie The Ex, to właśnie w dużej mierze głos tego pana, a jednym z moich muzycznych marzeń było m.in. usłyszenie Holendrów w oryginalnym składzie na żywo. Poniżej oficjalny komunikat ze strony zespołu, a na osłodę stare video, na którym wszyscy są jeszcze piękni i młodzi, a muza uroczo prymitywna i hipnotyczna - tak właśnie EX-i brzmieli na początku lat osiemdziesiątych. "After 29 years G.W. Sok has decided to call it a day and not sing or tour with us anymore. After a long period of doubt and lengthy discussions he came to the conclusion that he had no longer enough enthusiasm for the complete Ex-undertaking. He wants to spend more time on writing and graphic design. He will continue to participate in Ex activities, one way or another. This year (2009) is the 30th anniversary of the Ex. And after having played 1371 concerts all over the planet, the Ex, sometimes described as 'experimental trance-dance avant-afro-punk improv music', appears again with a completely new program for the coming tour in march. And a new band member! For the coming tour in march (see ‘concerts’) we have invited Zea frontman Arnold de Boer to join us. One of our favourite musicians for many years now. We have worked together on The Ex 25-year Anniversary party 'The Convoy Tour'. Andy and Terrie also played with him last year may in Ethiopia and it worked a treat! Arnold will play samples, beats, guitar, vocals and anything he can get his hands on. Terrie and Andy will continue to explore their baritone guitars which appeared in the last set and Katherina will find some more inventive rhythms and hopefully sing some more beautiful tunes. Without doubt it is going to be an exciting new chapter in the Ex's history!"
piątek, 06 lutego 2009
Nasz były perkusista miał tę miłą cechę, że co tydzień zakochiwał się w innym zespole. Za każdym razem przedstawiał go jako najbardziej genialny band na świecie, by za kilka dni porzucić go na rzecz innego. Równie genialnego i dobrego. W ten sposób poznałem kilka zacnych składów (np. Hot Snakes, Penetrators), kilka absolutnych wtop (dla mnie! Wiem, że Melt Banana to dobra firma!) i jeden strzał w dziesiątkę jakim jest Murder City Devils. Kapela już, niestety, nie istnieje, choć w chwili gdy piszę te słowa, reaktywowała się okazjonalnie, by zagrać kilka koncertów w Juesej. Murderzy to zabijająca mieszanka rokendrola, punka i hard core’a z charakterystycznymi klawiszami i mocnym głosem Spencera Moodiego. Pochodzili z Seattle, ale nie mieli nic wspólnego ze sceną grunge – zresztą trochę rozminęli się z nią latami, bo działalność kapeli to lata 1996- 2001. Nagrali 4 pełne albumy, jeden lepszy od drugiego, a działalność podsumowali znakomitym albumem koncertowym „R.I.P.”. Co zresztą nie dziwi, że w ten sposób postanowili uczcić koniec swej historii, bo na żywo Murderzy to rzeczywiście diabły, co widać, słychać i czuć na załączonym poniżej video: Po rozpadzie kapeli członkowie zespołu udzielali się w kilku zespołach, niektórzy nawet w dość znanych, ale to już nie było to(sprawdźcie sami). Najciekawsze dla mnie były (są) projekty związane ze Spencerem Moody, wokalistą i tekściarzem zespołu. On to wziął chleb i dzięki Tobie składa… tfu!, on to w 2001 roku, gdy śmierć MCD stała się faktem, skrzyknął skład, w którym znalazł się m.in. bębniarz The Melvins i powołał do życia Dead Low Tide. Zespół ze wszech miar wart uwagi. Muzycznie to ciężki, wolny hard core, ale z melodyką zbliżoną do poprzedniej kapeli pana Spencera. Z tym, że wygar większy, brutalność bardziej dosłowna, a głos jeszcze bardziej zdołowany i depresyjny. Z perspektywy czasu kapela okazała się efemerydą, nagrali tylko jedną płytę (o tym samym tytule), która zresztą wyszła już po ich rozpadzie. Przez to niedoceniona i do dostania tylko w Stanach, ale slsk rec. to wytwórnia międzynarodowa, więc możecie poszukać. Tym bardziej, że nawet youtube milczy na ich temat, więc musicie mi wierzyć na słowo, że Dead Low Tide wielkim zespołem był. Z kolei obecny zespół Woodiego to już zupełnie inna baja. Nazywa się – uwaga, trudne słowo! - Triumph of Lethargy Skinned Alive to Death. Widać, że ktoś spędził dużo czasu wymyślając nazwę… Równie pokombinowana jest muzyka zespołu. Sami muzycy na swoim majspejsie etykietują się za pomocą nazw experminetal/psychodolic/garage, a ja bym do tego dorzucił noise, country, blues i kilka jeszcze innych określeń. W ich wizji muzyki jest miejsce dla różnej maści szumów, zapętlonych dźwięków, odgłosów miasta, masy, maszyny – jak pisał kiedyś poeta. Majspejsowe kompozycje, bardziej aktualne, są bardzo przystępne: niektóre nawet melodyjne (czasem brzmią jak The Raveonettes na kwasie lub muzyka do kowbojskiego filmu klasy B) – ja posiadam dwie płyty z lat 2003 i 2004 i czasami jest dla mnie zbyt ekstremalnie, ale nie w sensie ostrości czy szybkości, bo tempa są raczej umiarkowane. Takie post rockowe, jeżeli rozumiecie co mam na myśli. Zresztą macie tu próbkę:
poniedziałek, 02 lutego 2009
Zespół Kino poznałem dzięki Aleksiejowi, który mieszka w Irkucku, a na początku XXI wieku (jak to brzmi…) przez jakiś czas przebywał w Poznaniu. Wtedy na Rozbracie grałem często na potańcówkach i tak się poznaliśmy, bo Aleksiej robił to samo u siebie w mieście. Wymienialiśmy się trochę muzyką, bo chłop złapał bakcyla i chciał swoim ziomkom na dalekiej Syberii pokazać m.in. Super Girl and Romantic Boys, stary Maanam, a także takie rzeczy, że trochę mi wstyd… No dobra, Aleksiejowi spadły buty z wrażenia jak usłyszał ichtrojową wersję piosenki Die Toten Hosen, znaną w Polsze jako „A wszystko to bo ciebie kocham” lub jakoś podobnie. Więc co miałem zrobić? Zjeść płytę na jego oczach? Połamać i zakopać? Uprzedziłem lojalnie szto eta, wzruszyłem ramionami i przegrałem. W ramach braterskiej wymiany wszedłem w posiadanie Tributu to Grażdanskaja Oborona, pierwszych płyt nieznanego wtedy szerzej Leningradu oraz właśnie albumu grupy Kino, którą wcześniej znałem ledwie z kilku nagrań. Aleksiej pojawił się na moim horyzoncie raz jeszcze – był dyrektorem czy opiekunem jakieś buriackiej grupy ludowej, kultywującej oryginalną muzykę tego zapomnianego ludu z krańca świata. Zostawił mi nawet ich płytę, z której odróżniam pierwsze 4 utwory – potem wydaje mi się, że leci to samo, ale w innej kolejności. Sorry Aleksiej! Kino to legenda radzieckiego rocka. Zespół powstał na początku lat osiemdziesiątych, znany stał się tak naprawdę po tragicznej śmierci lidera, wokalisty i gitarzysty (prawie jak trójca śnięta) Wiktora Coja. Coj był lokalnym Jimem Morrisonem: był ładny, miał długie włosy, zagrał w kilku filmach, pisał dobre piosenki, młodo umarł. Z tym, że od swego amerykańskiego kolegi miał lepsze teksty, o czym można się przekonać przeglądając bardzo ciekawe forum www.wiktoroj.fora.pl. Nie będę kłamał, że znam całą dyskografię grupy, bo tak nie jest. Nie wszystko, co znam, podoba mi się. Kino grało dźwięki kojarzące się z punk rockiem, jak coverowany przez jakiś polski zespół song „Mama Anarhija” (Silikon Fest?), trochę rzeczy kojarzących się z nową falą i/lub kapelami pokroju The Cure czy Joy Division, ale znalazło się w ich repertuarze trochę czerstwych ballad, a w późnym okresie działalności flirt z elektroniką. Ale jak mawia mój kolega z pracy „nie szukajmy problemów tam gdzie ich nie ma” – nie wszystkiego trzeba słuchać. Z ciekawostek dla ciekawskich: Wiktor Coj zginął w wypadku samochodowym, ale fani do dziś się zastanawiają czy to na pewno był to wypadek, samobójstwo, zamach czy ingerencja UFO. W rozbitym aucie znaleziono taśmę matkę ostatnich nagrań grupy (Coj wracał z studia nagrań i prawdopodobnie zasnął za kierownicą), który zostały wydane pośmiertnie i znane są powszechnie jako „Czarny Album”. Coj zajmował się projektowaniem okładek i wymyślaniem tytułów płyt – gdy go zabrakło koledzy postanowili pozostawić czarną okładkę z samym napisem KINO. Ładny gest. Ładnie też, że nie reaktywowali się nigdy bez niego. Tej przyzwoitości zabrakło Dead Kennedys, Queen, INXS, Queen i wielu, wielu innym zespołom, które gdy zabrakło ich charyzmatycznych frontmanów próbowały ciągnąć wózek dalej. Dwie moje ulubione piosenki z tłumaczeniem zaczerpniętym z forum, którego adres już podawałem: Zamknij za mną drzwi Oni mówią: nie możemy ryzykować Dlatego, że mają dom, w domu pali się światło A ja nie jestem pewien, kto z nas ma rację Na mnie czeka na ulicy deszcz, na nich w domu obiad Zamknij za mną drzwi. Wychodzę. Zamknij za mną drzwi. Wychodzę. A jeśli kiedyś znudzi cię twój łaskawy blask Znajdziesz swoje miejsce wśród nas Deszczu starczy dla wszystkich Popatrz na zegar, popatrz na portret na ścianie Posłuchaj dobrze – tam za oknem, Może usłyszysz nasz śmiech Zamknij za mną drzwi. Wychodzę. Zamknij za mną drzwi. Wychodzę. Widzieliśmy noc
poniedziałek, 26 stycznia 2009
... czyli rzecz o Endless Struggle: The Worst of The 1 in 12 Club vol. 12/13
Z kapelami crustowymi mam tak, że najbardziej lubię słuchać ich epek, bo całe płyty nudzą niemiłosiernie (może za wyjątkiem Tragedy, ale to trochę inna baja jednak), ale w takiej dawce jak na kasecie – wchodzi mi wszystko. Pamiętam, że jak Filip wydał tę kasetę to wszyscy byli posrani jakością okladki: biało – niebieski usztywniony papier, tłumaczenia wszystkich tekstów, Europą zawiało normalnie. I tylko śmiać mi się chce, gdy One By One w piosence „Prisoner Of Conscience“ retorycznie pytają „Dlaczego ludzie, ktorzy tak dużo opowiadali nam o ideologii i konieczności zaangażowania się, nosza teraz koszulki The Clash i każą nam dorosnąć?“. Hej, ja dziś chodzę w koszulce The Clash! Kilka zdań o płycie (oczywiście nie tak błyskotliwych jak moje) oraz płyta do posłuchania tu.
sobota, 17 stycznia 2009
Dwa miesiące temu wyszedł 25 numer Pasażera, poza Garażem chyba jedynego, fanzina piszącego o punk rocku w Polsce. Pasażera wszyscy kochamy więc przede wszystkim za to, że jest. I choć w każdym numerze jest wiele materiałów na wysokim poziomie, to zawsze znajdzie się kilka mniodów, które budzą śmiech. Lub przynajmniej uśmiech politowania. Tak jest i tym razem.
Wpierw Leniwiec się skarży, że telewizje nie puszczają ich piosenek. Na szczęście nie wszystkie zespoły punkowe są pomijane przez nadawców:„Jeśli jest kilkadziesiąt stacji telewizyjnych, a Leniwiec jest w lokalnej jeleniogórskiej to znaczy, że go nie ma. Ale nie ma też innych zespołów punkowych, poza może Big Cycem.” Jeśli więc chodzi o noworoczne życzenia, to zespołowi Leniwiec życzę częstszego pokazywania się w telewizji. A sobie aby w nowym numerze Pasażera był wywiad z punkowym zespołem Big Cyc. Na jakimś natchnionym blogu (a może to było forum Porcys?) czytałem rozważania autora zastanawiającego się (całkiem serio!) czy Poznań to „miasto doznań” (piosenka Much) czy „Ezoteryczny Poznań” (Pidżama Porno). Pewne światło rzuca na tę kwestię Upside Down, mówiąc o stolicy Wielkopolski tak: „Tam panuje takie młotkowo, lewicowe – robotnicze spojrzenie na innych. Najlepszy przykład to skłot Rozbrat i to co tam się rozgrywa. Sorry kurwa, ale wolalbym być SE i chodzić na inne koncerty niż być anarchistycznym popaprańcem, mieszkać na tym skłocie i gadać takie bzdury, jakie co jakiś stamtąd słychać...”Poznań miastem młotków! Z mojego lewicowo – robotniczego punktu widzenia tezy przedstawiane przez zespół (choć sam wywiad ciekawy!) to jakieś nieporozumienie, ale pewnie jestem anarchistycznym popaprańcem i się nie znam. Na koniec wywiad ze szwedzkim When We Fall. Kapele emowe to nieoceniowe źródło płaczliwej refleksji na sobą, sobą, sobą, i jeszcze raz sobą. W ponury klimat świata bez sensu, gdzie wszystko jest śmiertelnie poważne i nurza się w upadku i chaosie, wprowadza nas już interlokutor, zadając pytanie (wyobraźcie sobie z jaką powagą mówi te słowa):- Gracie bardzo emotywną muzykę. Czy bardziej motywuje was do gry melancholia czy gniew? Rezolutna odpowiedź zespołu: „Przede wszystkim melancholia. Moje teksty są bardzo osobiste, a muzyka oddaje nastrój ich agonii”. Czytam to zdanie po raz setny i dalej nie mogę zrozumieć. Nastrój agonii tekstu wykrzyczanego do mikrofonu? Coś tu nie stroi... Ale i tak jest to jeden z fajniejszych numerów Pasażera z ostatnich kilku lat, więc nie ma się co zastanawiać!
środa, 31 grudnia 2008
Nie wszystkie zespoły dobrze znoszą próbę czasu. Szczególnie te „legendarne”: słuchane po latach, bez szumów starej kasety i pozbawione kombatanckiej aury. Profa jest jednym z nielicznych przykładów kapel, które po reaktywacji nie odcinają kuponów od swej dawnej twórczości, rozwijają się, nagrywają nowe kawałki i płyty. W styczniu światło dzienne ujrzy nowe wydawnictwo zespołu zatytułowane „Nie zdarza się” wydane wysiłkiem Pasażera i właśnie od tego wątku rozpocząłem pogawędkę z Arkiem Bąkiem, wokalistą, autorem tekstów, basistą, jak to się kiedyś mówiło - kierownikiem zespołu:)- W „Pasażerze” widziałem reklamę Waszej nowej płyty. Naprawdę wyjdzie w styczniu? Tego to nikt nie wie, panie! Początkowo miała być jeszcze przed świętami bobrzego narodzenia, tylko warunek był taki, że musimy skończyć nagrywanie do końca października... Ha, a teraz właśnie święta za pasem (wywiad odbył się w połowie grudnia – przyp. red.) , a my już wprawdzie świeżo po ukończeniu nagrywania wszystkich śladów, ale jeszcze teraz nas czeka to całe miksowanie itd... Wlecze się to, wlecze... Wszystko przez brak czasu. Niemniej jak na nas, biorąc pod uwagę, iż początkowo planowaliśmy nagranie tej płyty jeszcze ponad rok temu, i tak jest nieźle ;) A tak zupełnie poważnie - liczę, że w styczniu materiał pójdzie do wydawcy, no i potem w ciągu kilku tygodni powinien się ukazać. - Czego możemy się po niej spodziewać - same nowe kawałki? A muzycznie? Chyba nie punky reggae... Skąd tytuł płyty? Dwa kawałki będą stare (dość konsekwentnie staramy się na każdej płycie umieszczać coś ze staroci) - nagraliśmy na nowo, oczywiście w lekko zmienionych wersjach, "Pielgrzyma" i "Dobre czasy dla kameleonów". Poza tym dziesięć nowych numerów. No i... nie uwierzysz, ale właśnie "punky rege" tak właściwie trochę, w każdym razie bardziej niż kiedykolwiek dotąd :) Zmiana - czyli właściwie okrojenie- składu, spowodowała śmielsze skierowanie się ku graniu bardziej punkowemu, a także ku lekkiemu romansowi ze wstawkami reggae; poprzedni basista był bardzo niechętny takim koncepcjom, obecny jest jak najbardziej za :) Tytuł płyty pochodzi od tytułu jednej z zawartych na niej piosenek, ale jednocześnie jest też oczywiście nawiązaniem do naszego materiału "Zdarza się" z 1990-go roku. - Właśnie, wasze poprzednie wydawnictwa "Światowątpliwości" i "Znak" były momentami nieco przekombinowane - klang basu, solówki, itp. Jak już wcześniej napisałem, raczej wracamy do punkowych korzeni. Największą różnicą jest rzeczywiście bas, no bo tu nastąpiła zmiana osoby obsługującej ten instrument. Nie ukrywam, że dysponuję o wiele mniejszymi umiejętnościami technicznymi niż mój poprzednik na tym stanowisku, jednak sutkiem tej zmiany jest ostrzejsze, a jednocześnie bardziej pełne i niskie brzmienie, co akurat nadaje naszemu graniu klimat, na jaki od pewnego czasu mieliśmy dużą ochotę... Ale porcja kombinowania i solówek jest nieunikniona, od początków istnienia naszej kapeli była to jakaś tam cecha rozpoznawcza, i nic się w tym względzie nie zmieniło. Mam natomiast wrażenie, że efekt "klimatyczny" osiągany przez te elementy jest teraz inny niż na dwóch poprzednich płytach. - Poproszę o tekst do nowej piosenki "Pod latarniami" - łazi za mną od tygodnia, a za Chiny ludowe nie rozumiem co tam śpiewasz – a kawałek zacny! Już zaraz... Tylko na swoje usprawiedliwienie dodam, że ten jedyny kawałek z nowej płyty w swojej "upublicznionej" wersji, to bardzo wstępna i dość pospiesznie zrobiona próbka - po nagraniu bębnów do całego materiału, pojawiła się "potrzeba chwili", żeby od razu nagrać pozostałe ścieżki do jednego utworu, i tak też się stało. Sądzę, że wersja ostateczna, po przemiksowaniu i obróbce będzie brzmiała o wiele lepiej, a i wokal będzie zdecydowanie bardziej czytelny:) A oto tekst: POD LATARNIAMI Gdy losy się składają z czasem na stanie pod latarnią Źle widać oficjalną pamięć, tożsamość i moralność Ciemność jest pod latarniami Mamy tu proch marny i dziewczynki z zapałkami Jeśli odnajdziemy suchy lont... Stąd się raczej nie wychodzi, niewielu tu przybywa chętnie Nie świecą tu reklamy Kiepsko działa hipokryzja, mętnie brzmią praworządne slogany Gdy losy się składają z czasem na stanie pod latarnią Ciemność jest pod latarniami Mamy tu proch marny i dziewczynki z zapałkami Jeśli odnajdziemy suchy lont To z pewnością hucznie ogłosimy to Dla tych, którzy rządzą nami Brzydzą się gejami i całują z biskupami Warto robić takie show - Jak to jest ze słuchaniem muzyki u Ciebie?Zachwycił cię ostatnio jakiś młody zespół? Czy wciąż - jak przed laty czytałem w Arlekinie - tylko Rush, Nomeansno i Bad Brains? He, Rush i Nomeansno jakoś już mniej (choć nadal z całym szacunkiem :)), Bad Brains jak najbardziej. Natomiast tak ogólnie rzecz ujmując, to słucham ostatnio niewiele, głównie z powodu braku czasu i sprzętu do odtwarzania muzyki... Zawsze zresztą dla mnie ważniejsze była strona "tekstowo-ideowa"...Ogólnie lubię różną muzykę, z różnych gatunków, niemniej najwięcej słucham teraz polskiego punk rocka (na przykład na koncertach), bo ciekawi mnie, jak młodzi podchodzą do zasadniczych rzeczy... - Plany na 2009? - No, wydać w końcu tę płytę, grać koncerty, no i... się zobaczy :)
poniedziałek, 22 grudnia 2008
6 lat temu zmarł Joe Strummer. Gdyby nie Joe, gdyby nie punk rock, gdyby nie setki zespołów jak The Clash, nie byłoby dziś m.in. tego bloga.
czwartek, 18 grudnia 2008
Zawsze darzyłem większym szacunkiem The Fall niż tak naprawdę ich słuchałem. Poza trzymanym w ręku “The Unutterable (Special Deluxe Edition)” posiadam raptem ich jedno wydawnictwo, co na zespół działający od 1976 roku, który wydał 28 płyt, nie jest liczbą rzucającą na kolana. Obydwa krążki dzieli prawie 30 lat - “Grotesque” (After the Gramme)” wyszło w 1980 roku – ale słychać, że to ta sama kapela. Kto raz usłyszy charakterystyczny głos Marka E. Smitha, ten nie zapomni go już do końca życia. 100% angielskiej flegmy, tumiwisizmu i abnegacji. Taki głos chcilielby mieć ci wszyscy delikatnisie podpisujący się “indie rock” na majspejsie, ale kura nie będzie nigdy orłem powiada pismo i dobrze mówi. Pan Smith poza niesamowitym, rozpoznawalnym na końcu świata wokalem, posiada też wygląd Jana Himilsbaha, na scenie (sprawdźcie jakieś aktualne video!) wygląda jak podstarzały elektryk, który wszedł sprawdzić czy wszystkie kable stykają. “The Unutterable (Special Deluxe Edition)” to nic innego niż poszerzona wersja płyty “Unutterable” z 2000 roku, wydana z dołączoną dodatkową płytą na której znajdziemy dodatkowe 13 kompozycji. Część z nich w innych wersjach znajduje się na dysku nr 1, część to szkice bądź instrumentale. Dlaczego tak ważne było dla zespołu wydać płytę jeszcze raz – nie wiem. Wiem za to, że warto było, bo całości słucha się wyśmienicie. Najłatwiej wrzucić The Fall do szuflady z napisem post punk. To dziś już prawie zapomniany termin i jakiś taki niemodny, ale tu pasuje jak ulał. Z tym, że ten post punk w wydaniu fallowskim jest cyniczny, kwasowo wykręcony i za sprawą klawisza momentami wzbogacony o barokowe wręcz ornamnety. Czego tu nie ma! Pojawia się chory surf (“Hot runes”), nie obce są też tym Angolom z Manchesteru prawie taneczne rytmy (niepokojące “Serum”) i klimaty rodem z Velvet Underground (przepiękne “Octo Realm/Ketamine Sun”). Do tego trochę wolniejszych utworów jak “Dr Buck's Realm” nagrane w hołdzie dla Charlesa Bukowskiego, przeplatanych post punkową grzanką w stylu “Cyber Fly” czy “Hands Up Billy”. Te szybsze fragmenty kojarzą mi się z zapomnianym dziś Catholic Discipline, zespołem znanym najbardziej z filmu “Upadek zachodniej cywilizacji”. Podoba mi się sposób myślenia o gitarze – oszczędnie, bez solówek i do przodu, a na kończących płytę nr 2 kompozycjach zastanwawiałem się czy nie gra przypadkiem Black Francis, tak pachnie siarką The Pixies. Warto posłuchać “The Unutterable” by się przekonać, że są artyści, którzy nie gonią za modą i gdzieś na uboczu konsekwentnie uprawiają to swoje skaliste poletko.
wtorek, 09 grudnia 2008
Po trzech pierwszych kawałkach przestałem zwracać uwagę co w ogóle leci. Gdyby panowie zdecydowali się wydać epkę, a nie cały album, skakakłabym z radości pod samo niebo. Tymczasem (nie licząc początkowych kompozycji) jest bez pomysłów, bez chwytliwych melodii, nijako. Nie ma nawet porównania z wcześniejszym “Your Truly, Angry Mob”, które dla mnie wciąż pozostaje najlepszą wizytówką zespołu. Na wikipedii przeczytałem, że wokalista grupy może poszczycić się swoim wkładem w działalność charytatywną na rzecz bezdomnych – jego czerwony tamburyn został zlicytowany na sumę 375,00 funtów. Proponuję zlicytować resztę instrumentów.
piątek, 07 listopada 2008
Chciałoby się powiedzieć - nareszcie, ale radość psuje fakt, że nie będzie to kameralny, fajny klubowy koncert, a spęd na Urodzinach Ulicy Św. Marcin. Zagrają po prostu na festynie. 11 listopada o godz. 17. Jeśili w coś tam wierzycie, to poproście łaskawe bóstwa, aby nie było kurewsko zimno jak jest co roku na tej imprezie, coby muzykom paluchy nie przymarzły do strun gitary. Taka moja mała, prywatna prośba. Swoją drogą, jestem ciekaw czy poleci na koncercie "Charytatywny bal"...?! Ps. Gwiazdą dnia jest T.Love, które gra o 19 - tej. Czy kogoś jeszcze rusza dzisiaj ten zespół?! |